Na temat dżihadu najlepiej uczyć się od pełnych miłości i pokoju dobrotliwych profesorów uniwersytetu al-Azhar najważniejszej uczelni sunnitów niosącej kaganek oświaty i dialogu międzyreligijnego (który właśnie przez al-Ahzar został zerwany z powodu „kłamstw Watykanu”) , nazwanej przez New York Times „najbardziej umiarkowaną muzułmańską instytucją edukacyjną”.

Oto co do powiedzenia na temat dwóch rodzajów dżihadu ma Mufti, Dr Imad Mustafa, Profesor Fiqh i Jego Pochodzenia na uniwersytecie al-Azhar i Umm al-Qary:

„W imię Boga, Jemu niech będzie chwała a modlitwy i pokój niech spoczną na Jego Proroku, etc.

Walka z niemuzułmanami znana jest w prawodawstwie muzułmańskim jako dżihad na ścieżce Boga. Dżihad jest nakazany jako obowiązek w przypadkach agresji niewiernych przeciw muzułmanom, albowiem musimy się im [niewiernym] przeciwstawiać, dokonywać przeciw nim aktów dżihadu i bronić się przed nimi. Jest to zgodne z tekstem Koranu, gdyż Bóg Wszechmogący powiedział: „Zwalczajcie na ścieżce Boga tych, którzy was zwalczają, lecz nie gwałćcie prawa. Zaprawdę, Bóg nie miłuje gwałcących prawo” (2:190, tłum. własne). Ten typ dżihadu jest znany jako dżihad obronny i jest on obowiązkiem, co do powszechności którego zgadzają się wszyscy muzułmańscy uczeni i wszyscy, którzy są mądrzy, jest on także aprobowany współcześnie i zamieszczony w umowach międzynarodowych. Niestety, najeźdźca i jego poplecznicy nadali obronnemu dżihadowi przydomek „terroryzmu”.

Następnie jest jeszcze jeden typ walki przeciw niemuzułmanom znany pod nazwą ofensywnego dżihadu. Zdania uczonych są podzielone w tej kwestii, a to jest w kwestii dżihadu polegającego na ściganiu niewiernych i zwalczaniu ich na ich własnej ziemi nawet jeśli nie dokonali oni aktu agresji. Niektórzy uczeni posunęli się do uznania ten typ dżihadu za bezprawnym, podczas gdy inni utrzymują, że jest nie tylko zgodny z prawem, ale też pożądany.

Bez względu na te dysputy, nie ma żadnej wątpliwości, że ofensywny dżihad nie jest całkowicie zakazany, albowiem dwie szkoły [prawodawstwa islamskiego] orzekły, że dżihad ofensywny jest dozwolony w celu zabezpieczenia granic islamu, a także aby rozszerzyć religię [islamu] wśród ludzi w przypadkach, w których rządzący na to nie zezwalają, jak czynił to faraon wobec dzieci Izraela, a wreszcie po to, by usunąć każdą inną od islamu religię z Półwyspu Arabskiego. (…)”

Innymi słowy, dżihad ofensywny jest dozwolony jeśli rząd danego państwa przeciwstawia się islamizacji społeczeństwa i w takim przypadku muzułmanie mogą wypowiedzieć wojnę. Straszliwy islamofob z tego profesora, skoro tak w biały dzień zaprzecza powszechnie znanej prawdzie, że islam jest religią pokoju.

Przetłumaczyłam tylko fragment jego przemówienia, reszta, dla osób zainteresowanych i władających szekspirycznym, jest dostępna tutaj.

Współcześnie dżihad, jak i inne słowa wyjęte z dowolnego religijnego słownika, zostały tak przetworzone, żeby pasować do współczesnego świata.  Żeby zrozumieć czym dżihad jest a czym w żadnym wypadku nie, trzeba poznać długą historię tego słowa, które jest tak ważne dla muzułmanów, że przez niektórych autorów zostało określone mianem islamskiego sakramentu dla wspólnoty. W rzeczy samej, jest dżihad tak istotnym komponentem islamu, że niektóre z najwcześniejszych kolekcji hadisów (tradycyjnej literatury islamskiej zawierającej opowieści z życia proroka i powiedzenia jemu przypisywane) jest poświęcona wyłącznie temu tematowi.  Żeby zatem poznać znaczenie dżihadu trzeba zacząć od Koranu, a w następnej kolejności przyjrzeć się w jakim kontekście słowo to było używane w klasycznej islamskiej literaturze.  Nie będę polemizowała z tezą, że są różne typy dżihadu, bo owszem są (obronny i zaczepny), natomiast opowieści, że  w Koranie wymieniony jest wielki dżihad, czyli wewnętrzna walka duchowa, i mały dżihad czyli zewnętrzna walka ‚w obronie wiary’ są zwyczajnym kłamstwem.

Dżihad jest walką o duchowym znaczeniu i to jest podstawowe i pierwotne znaczenie tego słowa, wynika zaś ono z Koranu oraz definicji, które znaleźć można u najwcześniejszych muzułmańskich jurystów i uczonych a także bazuje na znanych nam z tego okresu praktykach wyznawców Mahometa. Interpretacje mające na celu udowodnienie za wszelką cenę, że „islam jest religią pokoju” i zdystansowanie tejże od wszelkich pomówień o agresywne zapędy i chęci podboju, utrzymujące, że znaczenie słowa jest w pierwszym rzędzie, jako że dżihad jest w naturze swej pacyfistyczną walką wiernych przeciw złu zamieszkującemu ich duszę jest wymysłem nowoczesności.

Odwołamy się tu przede wszystkim do mojej ulubionej sury 9 zawierającej wiele ważnych wersetów odnoszących się do dżihadu. Jej głównym tematem jest zniesienie immunitetu jaki Allach z Mahometem zechcieli udzielić plemionom, które nie przyjęły nowej, wspaniałej religii. Tłumaczę na szybko, można sobie sprawdzić w jakimś autoryzowanym tłumaczeniu (9:5) „kiedy skończą się święte miesiące, zabijajcie bałwochwalców wszędzie gdzie ich znajdziecie, bierzcie ich w niewolę, oblegajcie ich i czekajcie na nich wszędzie„. Jest to oczywiście sławetny werset miecza mający (zgodnie z zasadą abrogacji) znosić wszystkie inne wersety traktujące na temat wojny i pokoju. Warto także zauważyć, że niejednoznacznie wskazując iż nadrzędnym celem dżihadu zawsze jest podbicie i zdominowanie niemuzułmanów, sura ta ustanawia także prymat muzułmanów nad żydami i chrześcijanami, który to z kolei ustanawia fundamenty islamskiego systemu społecznego (tu zachęta do głębokiej refleksji dla wszystkich wielbicieli mitu Szczęśliwej Andaluzji).

W czym zatem zawiera się tajemnica duchowego aspektu dżihadu? Odpowiedź można znaleźć choćby u Abdallahaba Al-Mubaraka (zmarł on był w 797r.), który w swoim Kitab al-jihad omawia szczegółowo dżihad jako uduchowioną walkę, gdzie miecz razem z czystą intencją wojownika zmywa grzechy – na tym polega niejako odkupieńczy charakter dżihadu, tak ważny dla jego poprawnego zrozumienia. Dżihad nie jest bowiem zaledwie walką z wrogami, jest walką religijną, toczoną w imieniu Boga. Ciągłość walk prowadzonych w pierwszych wiekach islamu niejako odrywała wojowników od tego świata i nieustannie zwracała ich myśli ku życiu przyszłemu (wiecie, wino, hurysy i śpiew). Nota bene, napomknę tylko, że prastare korzenie współczesnego oblicza terroryzmu również sięgają Koranu, albowiem tam (3:151) dowiemy się, że plany wobec niemuzułmanów są następujące: „wrzucimy w serca tych, którzy nie uwierzyli, przerażenie za to, iż oni dodawali Bogu jako współtowarzyszy to, czemu On nie zesłał żadnej władzy. Ich miejscem schronienia będzie ogień„.

Oczywiście, może ktoś powiedzieć, to, co jest napisane w traktatach teologicznych, czy kodeksach prawnych to jedno, życie zaś codzienne, to drugie. Mogą zachodzić pomiędzy nimi poważne różnice, niemniej nie można ignorować praktyki mówiąc, że odbiega od założeń teoretycznych danej religii (argument ten jest dosyć często wysuwany na Zachodzie), wprost przeciwpołożnie, należy ją wziąć pod uwagę ustalając znaczenie pojęcia dżihad. Jeśli chodzi o praktykę za życia Mahometa, a także w pierwszym okresie po jego śmierci, kiedy to jego teologiczne pomysły były realizowane przez ludzi, którzy znali go dobrze i długo i pobierali swoje nauki bezpośrednio od niego, to odsyłam do książek historycznych. Z tego co wiem, nie postały jeszcze opracowania sugerujące, że choćby taka Afryka Północna wzięła się i nawróciła sama i to nie ogniem i mieczem, ale dzięki sile modlitwy i jałmużnie. Jeśli chodzi o najwcześniejsze źródła pisemne islamu, to nawet najpobieżniejszy ich przegląd uzmysłowi każdemu czytelnikowi, że temat dżihadu w ujęciu stricte militarnym miał kluczowe znaczenie podczas trzech pierwszych stuleci istnienia islamu. Co więcej w tych najwcześniejszych pismach nie ma nic, co sugerowałoby, że praktykowano dżihad w sposób inny, niźli wojskowy, czy że istniały inne interpretacje dżihadu niż te bezwstydnie agresywne i ekspansjonistyczne. Koran jest oczywiście fundamentem i nikt nie może zaprzeczyć, że jego wersety były kluczowe dla muzułmańskich podbojów, które z kolei wygenerowały całe morze literatury na temat dżihadu dostępnej do dziś. W źródłach można przebierać do woli, a biorąc pod uwagę ogromną popularność tych najwcześniejszych traktatów i częstotliwość z jaką były one cytowane w wiekach późniejszych, teza, że wojowniczy mały dżihad przeciw wrogom jest czymś nieistotnym i marginalnym nie da się obronić. Nawet jeśli obecnie w pewnych kręgach panuje moda na reinterpretację tego pojęcia odbierające mu wymiar militarny, nie sposób jest negować prymat najwcześniejszego rozumienia dżihadu w islamie jako uduchowionej walki z wrogami religii.

Znakomita większość wersetów koranicznych jest zupełnie jednoznaczna w swoich zaleceniach na temat dżihadu, kilka zaledwie (22:78) można uznać od biedy, jako takie, które opisują zmagania czysto duchowe. Pamiętać jednak należy, że nijak nie da się interpretować Koranu w sposób, który postawi znak równości pomiędzy wojownikami i niewojownikami, jak i pozbawi dżihad wszelkich elementów walki prowadzonej w kategoriach wojskowych. Założyć należy, że wraz z zakończeniem podbojów, muzułmanie zaczęli rozszerzać wąską, początkową ścieżkę dżihadu na inne, „zdemilitaryzowane” sfery życia. Odnosiły się one jednak w większości do rozpadu społecznego w czasach ostatecznych. Stąd, jeśli czytamy, że „najlepszym przykładem dżihadu jest sprawiedliwe słowo [wypowiedziane] w obecności grzesznego władcy„, dżihad wciąż jest pojmowany jako postawa kontestacji świata i zastanego prządku, ponieważ przyjmuje się, że władca taki nie będzie muzułmaninem i że wyrażenie sprzeciwu wobec niego będzie kosztowało życie każdego, kto odważy się na taki akt.

Kolejnym z wersetów koranicznych powszechnie przywoływanych dla podkreślenia pokojowej natury dżihadu (a przynajmniej dla podkreślenia tego, że niekoniecznie wiąże się on z pobożnym podrzynaniem gardeł) jest 25:52 (tłumaczenie moje): „więc nie bądźcie posłuszni niewiernym i walczcie (jahidhum) przeciw nim [Koranem] z wielką mocą„. Wyraża to dualizm dżihadu, który pozwala wiernym walczyć tak za pomocą miecza, jak i za pomocą języka, przy czym obie te czynności służą na pierwszym miejscu rozszerzaniu wiary. Zatem, jakkolwiek niektóre wersety Koraniczne pozwalają na rozszerzenie pojęcia dżihadu poza działalność stricte wojenną, względnie też taką, która niekoniecznie odwołuje się do przemocy, nie ma w samej księdze rozróżnienia na dżihad większy i mniejszy, ani ich wartościowania. Ta typologia nie ma źródeł w objawieniach Mahometa, a jedynie wyrosła na kanwie późniejszych tradycji.

Najpopularniejszą zaś wśród owych i najczęściej przywoływaną jest ta bazująca na poniższym hadisie (przypowieści o życiu proroka Mahometa): „Kilku wojowników przyszło do Posłańca Allacha a on powiedział – Dobrze uczyniliście przechodząc od mniejszego do większego dżihadu. Zapytali – Co jest większym dżihadem? Odpowiedział – [Większy dżihad jest] dla sługi [Allacha] zwalczaniem swych pożądliwości„. Jasne jest, że ta przypowieść ma na celu radykalną reinterpretację oryginalnego ducha dżihadu, jaki znajdujemy w Koranie i wcześniejszych hadisach i odejście od agresywnego militarnego przesłania, które zamienione zostaje w walkę czysto duchową.

Tradycja ta sięga pierwszej połowy IX wieku, aczkolwiek jest nieobecna w oficjalnych (kanonicznych, rzeklibyśmy) kolekcjach hadisów, a jedynie można ją znaleźć w pomniejszych zbiorach, co pozwala przypuszczać, że uznano, iż interpretacja dżihadu jako walki stricte duchowej równej (czy też mającej pierwszeństwo wobec) walki w ujęciu militarnym jest niepoprawna i jako taka nie znalazła miejsca w klasycznych zbiorach (np. u Bukhariego), uznanych przez tradycję muzułmańską.

Jak wiadomo 11 września dziewiętnastu zamachowców porwało nie tylko 4 samoloty ku niecnemu wykorzystaniu ich w celu niezbożnym, ale także porwali byli samą religię, która przecież religią pokoju jest i z mordowaniem niewiernych nie ma nic wspólnego (co znamy z historii i widzimy na przykładzie Afryki Północnej chociażby).  Zatem, aby podkreślić ówże pokojowy charakter wiary w Mahometa zaparli się muzułmanie, że w okolicach ziejącego smutkiem Ground Zero zbudują meczet, który jak nic innego wzmocni więzy przyjaźni i miłości pomiędzy nimi samymi a resztą świata.

I chociaż naturalmą niektórzy powodowani islamofobicznym szałem wskazują na kuriozalność takiego przedsięwzięcia i w duchu non-possumus nie chcą się na taką inicjatywę zgodzić, inni uważając, że Ameryka to kraj wolny, uznają, że mają muzułmanie wszelkie prawo zakupić ziemię w stosownym celu i stawiać sobie meczety w duchu przełamywania fal. Więcej, sami proponują podobne inicjatywy dialogu.

Powstał projekt, by w tej samej okolicy, ba na parceli tuż obok meczetu, zbudować nic innego, jak tylko bar dla homoseksualistów wyznania mahometowego. Ta inicjatywa zrozumienia i tolerancji spotkała się z przychylnym odbiorem u potencjalnych inwestorów, a pomysłodawca, Greg Gutfeld, zarzeka się, że snute przez niego plany nie są w żadnym razie niesmacznym żartem, ale szczerą próbą przełamania barier.

Wyraził on nadzieję, że właściciele meczetu będą traktowali jego bar z taką samą przychylnością,  z jaką on traktuje meczet, co w jego mniemaniu nie będzie trudne, jako że oba miejsca powstają powodowane identycznymi motywacjami.

Oczywiście, wbrew zapewnieniom, cała ta sytuacja, która do wściekłości doprowadziła organizacje muzułmańskie w Stanach Zjednoczonych, jest niczym innym jak tylko ponurym żartem z systemu, w którym wolność i tolerancja doprowadzone zostały do absurdu.  Ale jednocześnie uświadamia nam ona przed jakim wyborem pragnie ten system nas postawić: będzie to albo Scylla meczetu, albo Charybda baru dla homoseksualistów – żadna inna opcja nie jest brana pod uwagę.

Po drugiej stronie Odry, u naszych niemieckich sąsiadów, miały ostatnio miejsce trzy bardzo interesujące wydarzenia, potwierdzające, że kurczowe trzymanie się mitu multikulturowego raju jest nie tylko nieefektywne, ale bardzo niebezpieczne. Państwowa telewizja ARD wyemitowała ostatnio nocą późną, aby nikogo nie zbulwersować, dokument na temat sytuacji w szkołach w Nadrenii i Północnej Westfalii. Przedsięwzięte środki zapobiegawcze nie spełniły swojej roli i materiał traktujący o tragicznej sytuacji niemieckich dzieci w szkole w Essen (Hauptschule Karnap), gdzie większość stanowią muzułmanie, wstrząsnął opinią publiczną. Regularne bicie niemieckich dzieci, prześladowania, zastraszanie ich i szykany, to dzień powszedni w tej placówce. W szkole utworzyły się dwie grupy, jedna licząca 70 % dzieci, złożona z imigrantów z Bliskiego Wschodu (Liban, Turcja) i druga 30 %, złożona z autochtonów. Nie trudno się domyślić, kto prześladuje kogo.

Jakby tego było mało, na listach niemieckich bestsellerów święci tryumfy „Koniec cierpliwości”, książka berlińskiej sędzi Kirsten Heisig traktująca o zdziczeniu młodych imigrantów napisanej na podstawie jej doświadczeń z pracy w sądzie rodzinnym w Neukölln – okrytej złą sławą imigranckiej dzielnicy Berlina. Heisig, która zasłynęła wprowadzeniem w swoim sądzie tzw. modelu Neukölln, za co piętnowano ją jako nadgorliwego i rasistowskiego potwora, ostatnie poprawki do książki wprowadziła na kilka dni przed swoją śmiercią. Miesiąc temu autorka popełniła bowiem samobójstwo.

Jednakże kroplą, która przelała czarę goryczy było opublikowanie badań przeprowadzonych przez Christiana Pfeiffera z instytutu badań kryminologicznych w Dolnej Saksonii, które jednoznacznie wykazały, że chłopcy dorastający w pobożnych muzułmańskich rodzinach przejawiają o wiele większe skłonności w stronę używania przemocy. Badaniami objęto 45,000 nastolatków z 61 miast z terenu całych Niemiec, a ich wyniki wskazują dobitnie, że im bardziej jest ktoś pobożnym i gorliwym muzułmanin, tym większe prawdopodobieństwo, że nie zrozumie o co tak naprawdę chodzi w religii pokoju. Nawet kiedy inne czynniki były brane pod uwagę, zależność pomiędzy pobożnością i przemocą była najsilniejsza. Ponieważ jednak występowała ona jedynie w przypadku muzułmanów płci męskiej, gdyż młode muzułmanki nie odróżniały się od dziewcząt innych wyznań pod tym względem, Pfeiffer doszedł do wniosku, że nie zachodzi tu bezpośrednia przyczynowość a jedynie pośrednia korelacja. Oczywiście takie zapewnienie są z jednej strony wynikiem nieznajomości nauk Koranu, który nie tylko sankcjonuje użycie przemocy, ale także sprowadza kobiety do bezwolnych podistot, z drugiej zaś, politycznie poprawnościową polisą ubezpieczeniową.

Pustotę owych frazesów pod publiczkę obnażają liczby: młodzi muzułmanie wykazywali skłonności do przemocy dwa razy częściej niż ich chrześcijańscy rówieśnicy. Jednak nie tylko ten wskaźnik był najwyższy wśród najbardziej religijnych wyznawców Mahometa, dodatkowo zaobserwowano bowiem, że oni też czują się najmniej zintegrowani z niemieckim społeczeństwem – jedynie 14.5% bardzo religijnych młodych Turków (nota bene stanowiących większość wśród muzułmańskich nastolatków) powiedziało, że czują się „Niemcami”, pomimo tego, że 88.5% z nich urodziło się i wychowało w tym kraju.

W wywiadzie dla Süddeutsche Zeitung Pfeiffer szybciutko zapewnił, że nie jest żadnym wstrętnym rasistą ani „islamofobem” i że wyniki jego zdumiały najbardziej i uważa, że za obecny stan rzeczy należy obwinić sprowadzanych z zagranicy imamów oraz sposób w jaki Niemcy traktują muzułmanów. Zła wiadomość drogi panie Pfeiffer – pomimo tego, że coś takiego, jak „islamofob” nie występuje naturze, czcze zapewnienia nie uchronią pana przed zostaniem okrzykniętym takowym właśnie. W kraju podzielonym między dwa równoległe społeczeństwa, nie bardzo da się siedzieć okrakiem na palisadzie.

Kampf im Klassenzimmer jest szybko usuwany z serwisu youtube, można jednak szukać kopii dokumentu pod tym, lub angielskim tytułem: Clash of civilisations in the classroom – German pupils in the minority.

Niedawny odcinek popularnego arabskiego programu al-Sharia wa al-Haya (Prawo i życie), nadawanego co tydzień przez Al Dżazirę z szanowaną na całym świecie gwiazdą muzułmańskiej ulemy, szejkiem Yusufem al-Qaradawi, poświęcony był w całości ważnemu, acz mało mahometanom znanemu, zagadnieniu zwanemu taysir.

Qaradawi, który w kręgach tak zwanych opiniotwórczych (choćby przez Johna Esposito) hołubiony jest jako umiarkowany i oświecony – nawet pomimo drobnego faktu, że popiera samobójcze misje terrorystyczne przeciw Izraelowi (w tym te przeprowadzane przez kobiety) oraz uznaje za ważną i słuszną karę śmierci dla apostatów – wyjaśniał w nim, że zgodnie z fiqh al-taysir (co przetłumaczyć sobie możemy jako prawoznawstwo wygody lub ulgi) islam, zupełnie jak katolicyzm, oferuje muzułmanom rozmaite dyspensy, jeśli tylko narasta taka potrzeba „albowiem Allach pragnie dla was ulgi w waszych trudach” (Koran 2:185; ale także 5:6, 4:26-28, 2:286, tłumaczenie moje; w polskiej obiegowej wersji brzmi ono następująco: ”Bóg chce dać wam ulgę, a nie chce dla was utrudnienia”). Dla przykładu zatem, zgodnie z tą zasadą muzułmanie podróżujący podczas Ramadanu, tudzież zaangażowani w dżihad w owym jakże świętym dla nich czasie nie mają obowiązku zachowywać przepisowego postu.

Qaradawi podkreślił naturalnie, że nikt nie tak zachęcał do „wyluzowania” jak sam Mahomet i wsparł tę tezę wieloma przykładami o tym jak to prorok gniewał się na tych, którzy przewodzili modłom przedłużając je tak bardzo, że męczyło to wiernych. Przychodzą tu oczywiście do głowy inne przykłady wyrozumiałości proroka, jak ten kiedy poinformował wojowników stosujących coitus interruptus podczas gwałcenia branek, aby te nie zachodizły w ciążę, że nie ma potrzeb, aby nakładali na siebie taką dyscyplinę: – Żadna krzywda się nie stanie jeśli nie będziecie tego praktykować – powiedział Mahomet dobrotliwie – albowiem [narodziny dziecka] zostały zarządzone przez Allaha. Dziwnym trafem akurat tych fragmentów z życia proroka szejk Qaradawi nie przywołał, ostrzegł był jednakowoż swoje owieczki, że taysir powinien być używany tylko w razie potrzeby powodowanej zmiennymi kolejami losu, których nie da się kontrolować, ani przewidzieć. Innymi słowy muzułmanie nie powinni sami szukać pójścia na łatwiznę, ale jeśli się tak zdarzy, że czynniki zewnętrzne sypną piachem w oczy, wtedy można sobie odpuścić – przynajmniej tak długo, jak długo się rozumie, że brak ułatwień (a to jest doskonałe wcielanie szariatu w życie) jest pożądanym ideałem.

Szejk Yusuf z wielką dumą zestawił był także praktykę taysir z doświadczeniami żydów oraz chrześcijan, którzy “wiele rzeczy podnieśli do ekstremum, a zatem i sami zostali potraktowani ekstremalnie”. Cytując Koran “Nie pytajcie o rzeczy, które by was zmartwiły, jeśliby wam zostały ujawnione” (Koran 5:101), Qaradawi zapewnił, że Allach uczynił wiele rzeczy trudnymi dla żydów, albowiem ci zawsze domagali się szczegółowych detali dotyczących Jego jakże prostych przykazań. Co do chrześcijan, cóż, szejk z ubolewaniem wskazał na mnichów oraz anachoretów, którzy odrzucili wszelkie towarzystwo niewieście żyjąc w odosobnieniu i umartwieniu doprowadzonym niepotrzebnie do ekstremum.

Najważniejszym wszelako punktem programu było zapewnienie uczonego w piśmie, że praktyka taysir jest szczególnie potrzeba w naszych czasach i to szczególnie mniejszościom muzułmańskim zamieszkującym Europę i Amerykę. Zapytacie bystro – czemu? Przecież decyzja o emigracji podejmowana jest dobrowolnie, a nie powodowana warunkami, których nie da się “skontrolować, ani przewidzieć”, co dopiero stwarza podstawę do zastosowania taysir. Co więcej, wolność religijna panująca na Zachodzie umożliwia muzułmanom pełną wierność podstawowym pięciu filarom własnej wiary, a to jest: szahadzie (mahometanie mogą wyznawać wiarę), modlitwie, postowi, jałmużnie zwanej zakat (chyba, że pragną swoje datki przekazywać na organizacje terrorystyczne), mają także możliwość udania się na hadżdż. Co zatem miał na myśli szejk Qaradawi odnosząc się do trudów znoszonych przez muzułmanów żyjących na Zachodzie? Odpowiedź jest prosta – Qaradawi odnosił się do tych innych aspektów szariatu, no wiecie: poddaństwo niewiernych, jako obywateli drugiej kategorii, całkowita władza nad życiem i śmiercią kobiety, dżihad, drakońskie kary zapisane w kodeksie Hudud i tym podobne. One zaiste tworzą “trudności” dla tych muzułmanów, którzy pragną wcielać je w życie na Zachodzie pod postacią na przykład aresztowań, czy wyroków sądowych.

Innymi słowy, nie mająca nic wspólnego z liberalizacją życia doktryna taysir zezwala na tymczasowe, nieszczere dostosowanie się do bieżących potrzeb. Qaradawi wyjaśnił to bardzo rzeczowo – praktykowanie taysir nie oznacza odrzucenie surowych wymogów szariatu, a jedynie zawieszenie je do czasu, aż warunki do ich praktykowania będą bardziej sprzyjające. Tariq Ramadan, kolega po fachu z Bractwa Muzułmańskiego jest tego doskonałym przykładem. Ramadan zaleca nałożenie „moratorium”, tymczasowego zakazu, na muzułmańską praktykę kamienowania cudzołożnic przy jednoczesnej odmowie potępienia owego zwyczaju, tudzież nazwania go sprzecznego z islamem. Jest to właśnie taysir w praktyce – ponieważ kamienowanie ludzi na Zachodzie może się dla kamienującego skończyć dość nieszczęśliwie, dostosowywanie się do wymogów szariatu w tej kwestii jest zaiste “utrudnieniem” dla zamieszkujących tam wyznawców islamu, należy je zatem czasowo zawiesić, póki warunki nie zmienią się na bardziej korzystne, a to jest, póki nie będzie można sobie ukamienować żony w ogródku bez żadnych związanych z tym nieprzyjemności.

Na koniec dodać należy, że niesławna doktryna zwana taqiyya, która zezwala muzułmanom na oszukiwanie niemuzułmanów, właśnie w taysir ma swoje korzenie. Więcej na ten temat można znaleźć w jednej z nielicznych książek na temat sankcjonowanego religią kłamstwa al-Taqiyya fi al-Islam, która jeden z rozdziałów poświęca na racjonalizację taqiyyi w świetle taysir. Czyli kawa na ławę – kiedy szejk Yusuf al-Qaradawi, czyli niewątpliwie jeden z największych autorytetów sunnickiego odłamu islamu nawołuje muzułmanów “szczególnie w Europie i Ameryce” do praktykowania taysir, tak naprawdę zachęca ich do praktykowania taqiyyi, a to jest do pozornego przystosowania się do standardów narzucanych przez państwo i społeczeństwo przy zachowaniu wewnętrznej wierności nakazom szariatu, którego nakazy zawieszone są przecież tylko chwilowo – co do tego szejk nie ma żadnych wątpliwości.

Egipski uczony Mahmoud Al-Masri wyjaśnia: Są trzy rodzaje dozwolonych kłamstw.

Trzy rysunki świnek zostały usunięte ze ścian holenderskiego szpitala w Leerdam ponieważ… no, ponieważ mogłyby obrażać muzułmanów.

Jeden z pacjentów, sam nie będący muzułmaninem, złożył skargę na wizerunki rzeczonych zwierząt nieczystych, ponieważ chciał (o, sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!) zaoszczędzić muzułmanom konfrontacji z nimi. Zarząd tej zacnej placówki zdrowotnej niewiele zatem myśląc szybciutko się ze świnkami rozprawił , o czym po świńsku doniosła gazeta Algemeen Dagblad.

Oficjalne stanowisko w tej sprawie brzmi: Poliklinika Linge usunęła obrazy albowiem naszym celem jest zapewnienie każdemu pacjentowi konfortowych warunków.

Policja Nadrenii Północnej Westfalii zaszokowała Niemców w tym tygodniu oświadczając, że zamierza sprowadzić posiłki pod postacią policjantów Tureckich. Rolą owych importowanych wzmocnień ma być patrolowanie niebezpiecznych ulic w dzielnicach zamieszkiwanych przez emigrantów. Nie powiedziano tego głośno, nie ma tego na piśmie, ale decyzja ta jest ostatecznym przyznaniem się władz niemieckich do tego, że sytuacja na obszarach zamieszkiwanych przez „niemieckich” Turków wymknęła się spod kontroli. Die Welt podał, że podczas patrolu tureccy funkcjonariusze mają nosić własne mundury, będzie im także zawsze towarzyszył niemiecki kolega.

W Niemczech (wg. oficjalnych statystyk!) mamy obecnie 3.5 miliona muzułmanów, z czego 2.3 szczyci się tureckimi korzeniami. Nie wiadomo ilu konkretnie muzułmanów szczyci się tym, że żyją niejako poza strukturami i de facto prawami państwa Niemieckiego bytując jednakowoż w jego granicach, jednakowoż decyzja o sprowadzeniu tureckich sił porządkowych świadczy o tym, że ich liczba musi być spora. Z drugiej strony niemieccy policjanci mają ręce związane polityczna poprawnością: jeśli ich postawa jest zbyt stanowcza, wpływowe w Niemczech lewicowe media natychmiast krzyczą o „rasistach” i „nowej wersji Gestapo”. Natomiast po każdym nagłośnionym wybuchu przemocy, niemieccy policjanci są oskarżani o brak reakcji i nie brak dostosowania do potrzeb wspólnoty mieszkańców. Wielu rodowitych Niemców nie oskarża jednak policjantów za obecną wstydliwą decyzję, raczej za utratę kontroli nad terytorium własnego państwa obwiniają polityków. Żaden z nich nie został jednak pociągnięty do odpowiedzialności.

Za bezhołowie panujące w niemal każdym większym niemieckim mieście obwiniana jest także wyniszczająca polityka emigracyjna. Zdanie to potwierdził nikt inny, tylko sam Helmut Schmidt, kanclerz Niemiec w latach 1974-1982. Oceniając zniszczenia jakie w tkance społecznej poczyniła masowa emigracja, Schmidt powiedział, że tureccy pracownicy, którzy masowo zaczęli napływać do kraju w latach 60, nigdy nie powinni zostać wpuszczeni. A kiedy podobne słowa są wypowiadane przez socjalistę rangi Schmidta, nabierają one znaczenia.

Osobiście nie wątpię, że sytuacja jest zła, może nawet gorsza. Podobne historie dzieją się także i we Francji, Holandii oraz Belgii i Danii (nota bene w tym ostatnim kraju obcięto socjal więc spora część „duńskich” Turków przeniosła się do nowej, lepszej ojczyzny, i.e. Niemiec). Nie rozumiem jednakowoż czemu ze wszystkich służb policyjnych właśnie Turków zdecydowali się poprosić o pomoc. Sama skierowałabym się raczej w stronę policji z Rio de Janeiro, szczególnie zaś oddziału Eaquadro Le Morte. Ci chłopcy wykonali kawał dobrej roboty permanentnie rozprawiając się z kryminalną działalnością w swoim mieście, a coś mi mówi, że właśnie tego Niemcom potrzeba: sprawdzonych rozwiązań.

Nowa flaga Niemiec?

Załagadzacz (ang. appeaser) to ktoś, kto karmi krokodyla w nadziei, że ten go zje ostatni
Winston Churchill

Rząd brytyjski nazywa radykalne organizacje islamistyczne „wentylami bezpieczeństwa” wyrażając nadzieję, że poprzez zaanagażowanie w działalność Hizb ut Tahrir tudzież al-Muhajiroun młodzi muzułmanie dadzą upust własnym frustracjom i w związku z powyższym ani im do głowy nie przyjdzie czynne zaangażowanie w święty dżihad.  „Hizb ut Tahrir nie jest drzwiami do terroryzmu” obwieścił wczoraj radośnie Andrew Gilligan (The Sunday Telegraph) opierając swoje rewelacje na najnowszym raporcie z Whitehallu. Rozmaici eksperci orzekli, że z ich analiz wynika jasno iż nieprawdą obrzydliwą jest przekonanie jakoby z grup onych jednostki rozmaite wyruszały ustanawiać kalifat za pomocą taktyki nazywanej terroryzmem i że w związku z tym można, ba! nawet trzeba się z onymi grupami bratać, oficjalne więzi zadzierzgać i współpracować tyle, ile się da.

W analizach (tajnych i poufnych ma się rozumieć), które trafem dziwnym „wyciekły” ku pożytkowi publicznemu  traktujących na temat strategii rządu względem ekstremizmu przeczytać można co następuje: „Czasem czyta się, że ekstremiści zanim angażują się w działania terrorystyczne przechodzą przez okres czasowego zaangażowania się w pokojowy islamizm, taki jaki jest kojarzony z organizacjami typu al-Muhajiroun, czy Hizb ut Tahrir (…) My jednakże uważamy, że błędne jest rozpatrywanie radykalizacji w Wielkiej Brytanii jako linearnego procesu, który niczm pas na tasmie produkcyjnej przesuwa się od żalów i frustracji, przez radykalizację do przemocy (…) Ta teza albowiem zdaje się  jednocześnie mylnie rozumieć radykalizację, jak i przypisywać czynnikom ideologicznym (czyt. religijnym) nienależną im wagę„.

W rzeczywistości przynajmniej 19 terrorystów obecnie odsiadujących wyroki w komfortowych brytyjskich więzieniach było czynnie powiązanych z al-Muhajiroun, włączając w to Omara Khayama, skazanego na dożywocie przywódcy od bomby nawozowej” oraz Abdullaha Ahmeda Alego, który z kolei przewodził grupie pragnącej zdetonować płynną bombę na pokładzie samolotu i który również spędzi resztę swego żywota za kratami. Al-Muhajiroun z kolei wspierał przemiłego misia Abu Hamzę, imama pod którego duchowym przewodnictwem meczet w Finsbury Park był przodującą w całej Europie wylęgarnią terrorystów. W 2002 roku zorganizował on konferencję podczas której zamachowców z 11 września określono mianem „wspaniałej 19”.

Abu Hamza, islamska wersja Kapitana Haka.

Chociaż sama organizacja została zdelegalizowana, jej członkowie przegrupowali się i obecnie występują pod chwytnym tytułem Islam4UK (Islam dla Zjednoczonego Królestwa). Byli aktywiści al-Muhajiroun nie zasypiają gruszek w popiele i już wiele razy dali się we znaki demonstrując przeciwko paradzie brytyjskich żołnierzy w Luton oraz wywołując skandal związany z trumnami poległych w Iraku, które tradycyjnie przewożone są w kondukcie poprzez miasteczko Wootton Bassett w Wiltshire.

Hizb ut Tahrir oficjalnie potępia terroryzm, ale równie oficjalnie stwierdza, że celem działania orgnaizacji jest powstanie kalifatu. Jej członkowie uważają integrację za niebezpieczną chorobę, zachęcają muzułmanów do trzymmania się z daleka od niewiernych, a każdego, kto zgadza się na demokrację określają mianem apostaty.  or apostates. Omar Sharif, niedoszły samobójca zamachowiec, to właśnie wychowanek londyńskiego oddziału Hizb ut Tahrir.

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!

%d blogerów lubi to: